RSS
środa, 25 stycznia 2012
Cami powiedziala

Cami ma kilka bluzek z dosc malym wycieciem na glowe. Oczywiscie nie lubi ich, bo wkladanie nie jest przyjamne. Czasem jednak sie skusimy. Wczoraj jedna z nich, troche cieplejsza, z muminkiem zapodalam. Wciskam na te biedna glowe, ciagne, Cami mi pomaga, nagle stwierdza:

- Mam wrazenie, ze mi sie zaraz glowa polamie!

:)

poniedziałek, 23 stycznia 2012
Targi turystyczne

Od czwartku do niedzieli odbywaly sie w Helsinkach najwieksze w krajach nordyckich, miedzynarodowe targi turystyczne. Dla Cami oznaczalo to nieobecnosc rodzicow w jeszcze wiekszym wymiarze niz zazwyczaj. W czwartek nieobecna do poznego wieczora byla mama, tata sie corka zajmowal. W piatek i tata, i mama na targach kwitli - Cami zostala odebrana z przedszkola przez polska ciocie-sasiadke, nakarmiona, przebrana, po czym zaprowadzona na urodziny przyjaciolki (kreacja oraz prezent zostaly do cioci zaniesione juz w srode). Przed 20 rodzice wrocili do domu, mial kto dziecko z urodzin odebrac.

W sobote mama miala wolne, tata byl na targach. Cami i starsza siostra, spedzajaca u nas weekend, chcialy tate i targi odwiedzic. No to pojechalysmy. Atrakcji dla dzieci bylo jakos mniej niz rok temu, najbardziej podobala sie dziewczynkom kula z fruwajacym "sniegiem" - taka powiekszona wersja szklanych kulek z widoczkami, wypelnionych woda i brokatem, ktory po potrzasnieciu kula wyglada jak padajacy snieg. Oczywiscie wlazly, sniegiem byly skrawki folii, fruwajace dzieki dwom dmuchawom umieszczonym w podlozu. Oskubac ich pozniej z tej folii nie moglam :)))

Pozniej odwiedzilysmy tate stacjonujacego w strefie hiszpanskiej, ale, ze czasu nie mial, poszlysmy dalej, by na koniec wyladowac w Polsce - glownym tematem bylo oczywiscie Euro2012, wiec dziewczynki mialy okazje pograc w pilkarzyki (dwa dni wczesniej bylam swiadkiem pojedynku miedzy ambasadorami Polski i Ukrainy - potwierdzilo sie, ze niewazne ile facet ma lat i jakie stanowisko piastuje, gdy widzi pilke, od razu z niego dzieciak wychodzi - panowie z wypiekami na policzkach pokrzykiwali, szarpali dzwignie, a prasa fotografowala, gdyz mecz odbyl sie chwile po konferencji prasowej, w ktorej obaj panowie brali udzial)

W niedziele to mama pojechala na targi, tata z dziecmi zostal, byly wiec lyzwy, sanki, sauna oraz obiad, czekajacy na mame, gdy o 19 wreszcie pojawila sie w domu :)

 

 

poniedziałek, 16 stycznia 2012
Niedziela pod chmurka

Zima nareszcie pokazuje swoja najlepsza strone - napadalo sniegu, tak w normie, czyli zakrylo co trzeba, ale bez zeszlorocznej przesady. Umiarkowany mroz sie utrzymuje, przy braku wiatru w ogole sie go nie odczuwa. Wczoraj przy -7 Cami pol dnia na dworze spedzila, dzis przy bezwietrznych -12 tez pewnie do przedszkola beda wychodzic tylko na posilki i siku ;)

Po dlugim niedzielnym sniadaniu wybralysmy sie na sanki - gorke przy szkole dzieciaki wyslizgaly tak, ze po lodzie sie zjezdza. No wiec sanki poszly na bok i wszyscy na pupskach zjezdzali bezposrednio :) Cami spotkala przedszkolna kolezanke i dwoch kolegow. Mama kolezanki skorzystala z okazji, zostawila Emme pod moja opieka i z mlodszym synkiem poszla wczesniej do domu, a my Emme pozniej odstawilysmy do samych drzwi. Dziewczynki szalaly jak mogly, zjezdzaly pojedynczo, w parze, wymyslaly pozycje, figury, piszczaly, rechotaly, zabawa na calego.

Tylko do domu wrocilysmy, dostalam sms-a od sasiadow-Polakow, ze sie na te sama gorke wybieraja, moze dolaczymy. Odpowiedzialam, ze wlasnie wrocilysmy, ale sie jeszcze raz po obiedzie wybieramy, umowilismy sie, ze wtedy oni tez przyjda.

Po paru godzinach zaszli po nas bo mieli po drodze, wszyscy wzielismy lyzwy bo wreszcie lodowisko na boisku zaistanialo (jak tylko przychodza mrozy, miasto wysyla na szkolne boiska maszynerie odsniezajaca, polewajaca woda i tak co kilka dni, a raczej wieczorow, dzieki czemu lod jest w doskonalym stanie). Lodowisko bylo zaskakujaco pelne lyzwiarzy, przyszla tez Cami przyjaciolka, pierwszy raz lyzwy na nogach miala, Cami natychmiast ruszyla z pomoca, chwycila Saimi za reke i z nia dookola powoli tupatala, a jak sie Saimi wywalila, to ona do towarzystwa tez :) Normalnie az sie wzruszylam, slodkie to bylo, ze Cami zamiast sobie jezdzic po prostu, pomagala przyjaciolce :)

Do domu wrocilysmy po 19, szkoda, ze dzis do pracy trzeba bylo :)

piątek, 13 stycznia 2012
Przepis na kluchy.

To bedzie pierwszy wpis nie dotyczacy Camilli :) Bo nie wiem, czy zauwazylyscie, ale w poprzednim niby o kluchach napisalam, ale przyczynkiem do jego powstania bylo slowotworstwo Cami, ktore mnie natchnelo :)) A Wy go jakos nie zauwazylyscie ;P

Przepis jest banalnie prosty:

- trzemy ziemniaki jak na placki

- dodajemy make i sol

Make dajemy na oko, papka musi byc sporo gestsza niz na placki, ale bez przesady, zeby kamienie bez smaku nam nie wyszly. Oczywiscie najlepsze sa ziemniaki malo wodniste, do nich mniej maki trzeba, wiec beda mialy konkretniejszy smak i delikatniejsza konsystencje.

Na gotujaca posolona wode kladziemy lyzka kluski - proponuje jednego chlupnac, poczekac pare minut, wyjac i sprawdzic, czy sie kupy trzyma. Jesli nie, dodac do masy maki. Kazdy wrzucony kluch troche z wierzchu sie rozplywa, w zwiazku z tym badziej sie w kisielu gotuja niz w wodzie, ale calkiem w papke zmienic sie nie powinny (zdarzylo mi sie niestety, tak naprawde najtrudniejsze w tym daniu jest wlasnie dopasowanie ilosci maki...)

Gotujemy kilka minut, wylewamy na durszlak, przelewamy goraca woda.

Wkladamy do miski, polewamy tluszczem ze skwarkami (ja skwarek nie lubie, wiec tylko tluszczem polewam, tatus Camilli zjada reszte ;)). Nakladamy porcje na talerz i kruszymy na nia twarog.

I juz :)

Jesli cos zostanie, na drugi dzien odsmazamy, mozna wbic jajko i wszystko wymieszac.

Jesli ktos jada czernine, pasuja do niej zamiast makaronu :)

------------------------------------

bled.asiu, jesli lubisz twarog w wersji wytrawnej, smakowalyby Ci pierogi, ktora moja sp. babcia robila, wlasnie z twarogiem na slono-pieprzno. jesli chcesz, zapytam mame jak sie ten farsz robi :)

czwartek, 12 stycznia 2012
Kluchy

Cami ma zestaw polskich potraw, ktore uwielbia, ktore jest gotowa jesc zawsze i wszedzie, i ktorych zadziwiajaco duze jak na nia porcje potrafi zjesc. Naleza do nich popularne:

- golabki

- zupa ogorkowa

- zupa pomidorowa

- pierogi z miesem

- salatka jarzynowa

oraz mniej popularne, nalezace do kuchni regionalnej szare kluseczki znane z "Jezycjady" Malgorzaty Musierowicz.

 Szare kluseczki, nazywane przez nas kluchami, podaje sie polane wytopionym z boczku tluszczem i posypane pokruszonym twarogiem. Obie rozsadek tracimy, gdy mamy na talerzu takie cudo, mimo, ze najedzone, napychamy sie kluchami po uszy, a poznej stekamy ;)

Poniewaz mialam jeszcze przywieziony z Polski twarog, dwa dni temu obiecalam Camilli, ze zrobie kluchy. Mala chciala sie tacie pochwalic, ale odpowiednika slowa "kluchy" w jezyku finskim nie posiada, poradzila sobie dodajac do kluchow odpowiednia gramatycznie finska koncowke, i poinformowala (po finsku w calosci oczywiscie):

- Tato, a mama obiecala, ze zrobi klucheja!

Tata zglupial, trzeba mu bylo tlumaczyc :)))

Klucheja zrobilam wczoraj, byly pyyyyyszne :)

-----------

Przypomniala mi sie anegdota o cioci kolezanki, ktora przekonana, ze doskonale zna jezyk niemiecki, kupowala w Niemczech prowiant na dalsza droge:

- Zwei bułken mit szynken :)))

 

sobota, 07 stycznia 2012
Nareszcie przyszla zima.

Sie doczekalismy. Od paru dni temperatura ponizej zera, spadlo kilka centymetrow sniegu, od razu swiat sie ladniejszy zrobil i chce sie na dwor wychodzic.

W zwiazku z tym wczoraj byla wyprawa na lyzwy - pojechalysmy na duze lodowisko, ktora zawsze w centrum Helsinek zima powstaje i obie pojezdzilysmy, a w przerwie slodkosci pojadlysmy w przylodowiskowej kafejce.

A dzisiaj wybralysmy sie z Pepkiem do lasu, wszyscy zmachani i upoceni wrocilismy po tych wszystkich podskokach, truchtach itp :)

Wiecej pisac mi sie dzis nie chce ;)

 

poniedziałek, 02 stycznia 2012
Swieta w Polsce.

W tym roku Boze Narodzenie spedzalysmy w Polsce. 23 grudnia, z trzygodzinnym opoznieniem, wyladowalysmy w Warszawie. Podczas lotu Cami sie lekko zestresowala - pas wpadl miedzy siedzenie, a scianke, zahaczyl sie klamra i go wyciagnac nie mogla.

- Mamo - szepnela - zepsulam CALY samolot...

Mamie szybko udalo sie samolot naprawic i bylo po stresie :)))

Wigilia dwuczesciowa, najpierw u babci, potem u dziadka, Mikolaj jakis roztargniony byl, bo zostawil prezenty w obu miejscach, jak by w jednym nie mogl ;) U babci podrzucil pod choinke, gdy Cami z babcia wyszla wyrzucic smieci, a mama zeszla na polpietro do schowka po ogorki kiszone. U dziadka podobno byl jak dziadek na zakupy wyszedl ;)

W pierwszy dzien swiat pojechalysmy do cioci, ktora latem u nas z babcia byla. Przyjechali wujkowie, ciocie, mlodsze kuzynostwo, bylo halasliwie i tlumnie, w dodatku w pewnej chwili rozlegl sie dzwonek do drzwi. Ktos otworzyl i do salonu weszli ze spiewem na ustach kolednicy. Nie tylko najmlodsi byli w szoku, wiekszosc doroslych tez pierwszy raz w zyciu na zywo czegos takiego doswiadczyla :)

Kolejne dni mijaly spokojnie, wrecz nudnawo, zwlaszcza, ze Cami, ktora z lekkim kaszlem do Polski przyjechala, rozkaszlala sie na dobre, co skonczylo sie wizyta w ambulatorium i antybiotykiem niestety. Oraz aresztem domowym.

Poczatek wizyty za to upstrzony byl wedrujaca po ciele Cami swedzaca wysypka, zwalczana raz na dobe fenistilem w kroplach. Po kilku dniach wysypka wiecej sie nie pojawila, nie mam pojeci co bylo jej przyczyna, stawiam na emocje, bo alergen zaden mi do glowy nie przychodzi, zwlaszcza taki wysypujacy dokladnie co 24 godziny...

W piatek przed Nowym Rokiem wrocilysmy do domu.

Sylwester bez szczegolnych atrakcji, Cami dostala dyspense na spanie, padla jednak na kanapie pol godziny przed polnoca. A dzis wrocila do codziennosci, maszerujac rano do przedszkola, z resztkami kaszlu, ktory mam nadzieje, nie rozkreci sie od nowa.

poniedziałek, 19 grudnia 2011
Bunt

Jednak nie tak latwo Camilli przejsc do porzadku dziennego. Niby juz nie co kilka minut, a co kilka godzin wczoraj Vita wspominala, ale w pewnej chwili, z powodu zastepczego (powiedzialam, ze trzeba nowe lyzwy kupic, bo te ktore ma sa juz male) byl histeryczny placz, krzyk, ze nie chce nowych, ucieczka do swojego pokoju, trzasniecie drzwiami, wycie, bicie, kopanie, gdy probowalam ja przytulic.

W koncu sie udalo, ale zlosc az kipiala, dalam jej gazete, powiedzialam, ze jak jest zla, to moze ja porwac. Poszarpala na malenkie strzepki...

I pozniej juz bylo dobrze. Tylko czy naprawde, czy tylko pozornie?

 

sobota, 17 grudnia 2011

Poszlam wczoraj po Cami do przedszkola. Wszyscy byli na podworku. Przybiegla, przytulila sie, po czym zapytala, czy Vito byl grzeczny u lekarza... W gardle mnie cos zdusilo normalnie, powiedzialam, ze tak i poprosilam, zeby poszla po swoje rzeczy. Gdy poszla, szybko powiedzialam pani co sie stalo. A ona z oczami pelnymi lez powiedziala mi, ze Cami dzis obrazek dla Vita namalowala... W tej chwili nadbiegla w podskokach Cami z obrazkiem w reku...

Zyczylysmy paniom milego weekendu i ruszylysmy do domu. Cami zarzucila mnie pytaniami, czy Vito byl grzeczny, czy dostal nowe lekarstwo, czy juz mu lepiej. Kucnelam, przytulilam ja i powiedzialam, ze Vito byl bardzo grzeczny. Ze nie dostal nowego lekarstwa. I ze juz go z nami nie ma, bo byl bardzo chory i umarl. Wyraz jej twarzy mnie zabil. Serce mi zlamal. Lzy sie polaly, a ona zaczela krzyczec, ze nie chce, ze Vito ma do nas wrocic, ze sie nie zgadza... Zaczela powtarzac, zawodzic: Vito, Viiitoooo, Viiiitooo, a lzy lecialy jej strumieniami normalnie. Wzielam ja na rece i szlam w kierunku domu, mowilam, ze jemu teraz jest lepiej, ze juz go nic nie boli, ze siedzi w psim niebie na chmurce i na nas patrzy ze babci Pestke spotkal i z nia sobie tam siedzi. Ze mozemy im pomachac, na pewno to zobacza. Ze obrazek Vitowi do nieba mozemy wyslac... A ona caly czas go wolala...

W domu pobiegla do sypialni i jego poslanie przyniosla, polozyla na nim obrazek, na to tata wszedl do domu i tez serce mu peklo, gdy zobaczyl podpis "Vito". Przytulil ja, a ja ucieklam do lazienki. 

Cami szybko zajela sie zabawa, a my z nia na podlodze zaleglismy puzzle ukladac. Ale nikomu nie szlo. mala caly czas o Vita pytala, musialam opowiadac gdzie jest i co robi. Potem pojechalysmy po choinke, w drodze powrotnej w samochodzie znowu sie zaczelo, placz i to rozpaczliwe: Viiitooooo, Viiiiitoooo....

Dzis juz nie placze, ale ciagle o Vitku mowi, ciagle pyta, czy on nas widzi, ciagle chce, by do nas wrocil i nie zgadza sie, gdy mowie, ze to niemozliwe. Ale bawi sie, smieje, dzieci strasznie szybko przystosowuja sie do nowych sytuacji... Przezywa bardzo, ale radzi sobie jak moze. Dzis rano zaczela wolac: Vito, pobudka! Widzac moj pytajacy wyraz twarzy wytlmaczyla: Mamusiu, bo ja sie bawie, ze Vito nadal z nami jest... 
 

piątek, 16 grudnia 2011
Jak?

Jak wytlumaczyc malej dziewczynce, gdy dzis wroci z przedszkola, ze pies, ktorego kochala, z ktorym spedzila cale swoje piecioletnie zycie, pojechal dzis rano do lekarza i juz od niego nie wrocil? I nie wroci... :(

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25